środa, 7 grudnia 2016

Święty Mikołaj nas odwiedził



Dawno nie pisałam o tym, co u nas. A u nas sporo . Nie pojawiłam się tutaj przez cały listopad, więc dzisiaj, w grudniu po południu, przy kawie i kawałku ciasta streszczę choć w kilku zdaniach, co porabiamy. Otóż:

Lena śpi.
Jędrzej w pracy.
Ja przy komputerze.

Można byłoby odnieść wrażenie, że Lena ciągle śpi, ale to tylko przez fakt, że jak nie śpi, to jestem zbyt zaabsorbowana tymże faktem właśnie, aby móc jeszcze pisać. Od kilku dni jesteśmy "atakowani" przez własne dziecko, które próbuje nas zjeść. To taka niewinna zabawa, jednak kiedy zdam sobie sprawę z tego, że w jej buzi jest już 6 niemałych ząbków, to przestaje się robić śmiesznie. Jędrzej dostaje brawa za to, że wraca do domu, za to do mnie macha, kiedy robię coś w kuchni. Ale macha krótko, bo zaraz biegnie dziabnąć mnie w łydkę. Bycie mamą to jednak sport ekstremalny.

A propos sportu: cały pokój został wyłożony piankową matą, w związku z czym tak świetnie rozpoczęte i jeszcze konsekwentniej prowadzone treningi moje zostały przerwane. W dodatku mata do ćwiczeń robi za przedłużenie tej puzzlowej. Miałam nadzieję pobiegać, ale ślisko, więc czekam na odwilż.

Wczoraj za to odwiedził nas Święty Mikołaj. Tak, dobrze czytacie: NAS odwiedził. Wszystkich. Wyjątkowo dobrze sprawowaliśmy się w tym roku. Zupełnie nie wiem czemu gabarytowo najmniejszy prezent dostałam ja. A największy - Lena. Przypadek?




Pod koniec października zyskaliśmy nowych sąsiadów i jesteśmy przez nich trochę rozpieszczani. Wciąż dostajemy ciasta i inne pyszności, w związku z czym i ja się zebrałam, aby coś upiec, choć oficjalnie nie tykam słodyczy. Stąd też ten kawałek ciasta przy kawie. Przy filiżance. Bo kawy już nie ma. Ciasto też zjadłam. Lenka się przeciąga. A więc - tymczasem.

poniedziałek, 31 października 2016

O 10 lat młodsza...

W pobliskim sklepie zostałam poproszona o okazanie dokumentu, który pozwoliłby mi na zakup piwa. Nie słyszałam takiej prośby od 10 lat! To chyba dobrze? Czyli wyglądam na osiemnastkę? :D A właściwie to nawet na te 18 lat nie wyglądam...



Lena rośnie jak na drożdżach. Raczkuje szybciej niż zalewam kawę. W dodatku najchętniej zjadłaby wszystko, co widzi na naszych talerzach.



Jędrek dba jednak o jej linię. Albo po prostu się nie zrozumieliśmy. Jeden z dialogów wyglądał mniej więcej tak: (Lena siedzi w krzesełku, coś zjada, kończą jej się brokuły. Jędrek w kuchni, ja obok Leny).

- może zaraz tata ci jeszcze coś przyniesie...
- oj nie, już chyba wystarczy... dużo tam już jest
- ...ale czemu nie chcesz jej dać?
- już w nią tak nie napychajmy, to tez niedobrze.

Kropka.

Potem się okazało, że ja o dokładce, a On o zmywarce :/




W piątek Lenki tata wziął urlop i zabrał swoje dziecko na spacer. Bilans: z 3 zabranych zabawek wróciła jedna. W pół godziny posiali gdzieś zarówno gryzaka jak i gadającą pszczołę.
 

poniedziałek, 17 października 2016

8 miesięcy... kiedy to zleciało??

Dawno nic nie pisałam, wiem, dlatego też postanowiłam się zrehabilitować. Życie codzienne wymaga jednak tak wielu trików i uników, że trudno znaleźć czas na to, by sklecić chociaż kilka zdań i te ilustracje codzienności z aparatu przenieść na bloga. O jakich unikach mówię? Ano o takich, że Lena ma już 6 (!) ząbków, w związku z czym potrafi ukąsić.Ostatnio celem wspomnianych ataków są moje ręce.

Jeszcze przed miesiącem nasze dziecko kręciło głową widząc zbliżającą się do ust jego łyżeczkę z jedzeniem. Kręciło szybko i na boki. Teraz widok czegokolwiek, co można byłoby ugryźć, wywołuje nieprzepartą chęć, aby to zrobić. I tak poznaje nowe smaki. Oczywiście największym powodzeniem cieszą się produkty będące pożywieniem rodziców, toteż dziś musiałam odstąpić swoją kanapkę, ale na talerzu Lenki wylądowały już buraki, marchewka, gruszki, awokado, jabłka, jaja przepiórcze, brokuły, maliny, fasolka szparagowa, pietruszka, banany i kilka innych smakołyków.



Wyglądamy deszczu, ale o dziwo dziś nie pada. O dziwo, ponieważ zawsze w poniedziałek przed wtorkiem (kiedy odbierają od nas śmieci, a odbywa się to co 2 tygodnie) leje. Wszystkie tektury, które nie mieszczą się do śmietnika muszą zostać dobrze rozmoczone - taka to już u nas świecka tradycja. Skoszona trawa też musi puścić soki. Dlatego jestem przekonana, że zaraz pojawi się jakaś chmurka. Tymczasem jest tak słonecznie, że wychodzimy na spacer.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Lena w mieście doznań

Wystarczyły dwa chłodniejsze dni, aby Lena nabyła zestaw ubranek na jesień. Bo ze wszystkiego wyrasta. Tymczasem mamy nawrót upałów. Znów jesteśmy w punkcie wyjścia.

Zapowiadałam archiwalne zdjęcia z podróży poślubnej, tymczasem w miejsce tamtych mam kilka najświeższych z weekendu w pewnym mieście, do którego lubimy wracać. Kto wie, może Lena też je polubi...




środa, 17 sierpnia 2016

Skórzana rocznica ślubu




Podobno trzecia rocznica ślubu to tzw. skórzana. Przed godziną składałam już zamówienie na Maserati w skórzanej tapicerce, ale uzmysłowiłam sobie, że Jędrek ze skórzanych rzeczy najbardziej lubi masaż. Karku albo głowy - więc zmieniłam plany i będzie masaż skóry głowy.





Ten facet po prawej wygląda jakby niczego w życiu nie przeskrobał, tymczasem jego największą wadą jest to, że nie zamyka szaf (!) Nie macie pojęcia, jakie to irytujące dowiedzieć się o tym po kilku latach znajomości, ponieważ do niedawna jedynym własnym meblem był taboret.

Odgrzebałam zdjęcia sprzed trzech lat i tak oto trafiłam na folder o nazwie "podróż poślubna". Zdjęcia nigdy nie publikowane. Perełka. Wrzucę w kolejnym poście... a tymczasem kilka kadrów z sesji poślubnej:



Zdjęcia z samego ślubu były publikowane w postach: Wrażeń ze ślubu i wesela część I, część II, część III i część IV.

Jutro za to Lena kończy pół roku. Od tygodnia rozszerzamy dietę - próbuje zabawek, książek, gazet, nie pogardzi opakowaniem witamin. Makulatura jest zdecydowanie w jej guście. Marchewka - be. Burak - be. Ma jednak ten komfort, że jest tylko dzieckiem, więc ma prawo odmówić jedzenia warzyw, których nie lubi.

Kurczę, Jędrek w dalszym ciągu odmawia zarówno marchewki jak i buraka.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Schyłek XX wieku na Lubelszczyźnie

7 sierpnia 1988 roku, w niewielkim mieście na wschodzie Polski, tuż przy granicy z Ukrainą przyszłam na świat ja. Mama Leny. Żona Jędrzeja. Jedynie starszyzna rodu wie, jakim byłam niemowlęciem, wszak z tego okresu nie zachowało się ani jedno zdjęcie. Być może to dobrze. Być może. To pozwala mi twierdzić, że moje dziecko jest do mnie podobne. Z pewnością jest dużo ładniejsze. Ma urocze dołeczki w policzkach i cudownie się uśmiecha.




Dziś dzień wyjątkowy, więc śniadania do łóżka nie dostałam. Upiekłam za to tort. Malaga, tikitaki i kasztanki. Nie wiem, jak mi wyszedł, więc jeżeli chcecie złożyć mi życzenia, to proszę jedynie o to, aby nas brzuchy nie rozbolały od tej słodyczy. Wszystko inne mam :o)



poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Tour de Łódzkie

Wczoraj Lenka miała dzień odwiedzin babć. Odwiedziła prababcię (tę, do której oba dżipiesy zgubiły drogę) i babcię (tę, która do zmiany rosołu w dowolną zupę potrzebuje dokładnie 2 minut. Ewentualnie "minuta osiem").

Następnie przećwiczyła wiązania pareo, których w piątek uczyła Macademian Girl:


Ostatniego nie zdołałyśmy zaprezentować, bo modelka zabrała się za degustację pareo. Takie czasy, że modelki niewiele jedzą, więc cieszmy się, że ta przynajmniej nie grymasi.

poniedziałek, 18 lipca 2016

O tym, dlaczego nie lubię burzy w nocy

Burza to takie ciekawe zjawisko atmosferyczne - niby nie jestem psycho... ten, meteopatą, a jednak nie umiem spokojnie pomalować paznokci, kiedy za oknem grzmi, błyska, wiatr łamie drzewa, a deszcz zasuwa po dachu szybciej, niż rynna zdąży podjąć się wyzwania.

W dzień, kiedy jestem w domu, burza mi niestraszna. Wszak nigdy nie jestem tutaj sama, po cichu więc liczę na to, że "w razie co" Lena mnie obroni. Ona pewnie liczy na mnie.

Za to nocą... budzi nas żywioł. Ten żywioł to pies. Duży pies sąsiadów, który najprawdopodobniej boi się burzy. Szczeka, ujada, biega. O spaniu przy rozszczelnionym oknie można zapomnieć. Nie mówię nawet o jego uchyleniu, ale nawet rozszczelnić się go nie da, inaczej mam wrażenie, że szczeka mi tuż pod oknem, i chociaż to bardzo niepopularne co teraz powiem, niech się ten pies cieszy, że nie mam dubeltówki. I niech się sąsiedzi też cieszą, bo nawet gdybym miała, to strzelać celnie nie umiem. Przeżyliśmy kolki, kilka zapowiadanych końców świata i wizytę szerszenia, a wykończy nas pies.




Wczoraj zainaugurowaliśmy to, co większość Polaków zrobiła już w maju, mianowicie rozpoczęliśmy sezon grillowy. Okazało się przy tym, że w połowie lipca trudno dostać grilla.

W sobotę za to Lenka miała gości. Przebieg wizyty wyglądał podobnie ;o)




A tak poza tym, czy nie odnosicie wrażenia, że tyle się mówi o problemach dorastających dzieci, a tak mało o problemach rodziców rosnących dzieci??? Lena tak szybko ze wszystkiego wyrasta, że znów musieliśmy zrobić zakupy, a jak wiecie, ja nie znoszę zakupów (nie mówimy o spożywczych). Rad nie rad pojawiliśmy się więc w H&M i zmierzamy na dział dziecięcy. Jędrek zatrzymuje mnie w pół drogi, pokazuje na wieszaki wyładowane swetrami, jakieś promocje nie z tej ziemi czy coś i sugeruje, że może coś mi wpadnie w oko, to będę kiedyś miała jak znalazł. W lipcu. Grube swetry. Ani myślę cokolwiek mierzyć, więc mówię a weź, ja sobie nakupię, a zimą to i tak już będzie niemodne, powyciągali jakieś stare ciuchy z kilku ostatnich przecen i myślą, że mi to opchną. I idę dalej, w końcu przyszliśmy tu po ubrania dla Leny. A tam obok bluzek i  sukienek - fajne sweterki, w dodatku w supercenach, tyle, że jeszcze trochę na nią za duże. Mówię zobacz, bierzemy, 10 zł, akurat dorośnie jak będzie na to pora. A Jędrek że nie, że zimą to to już będzie niemodne i Lenka w tym chodzić nie będzie...

Postuluję, żeby następnym razem został w domu.

czwartek, 14 lipca 2016

Ule to takie pyszne czeskie ciasteczka...

Wróciłyśmy z wakacji pod gruszą. Konkretnie pod wiśnią, ale nie bądźmy drobiazgowe. Lena chyba się nawet trochę opaliła. Jej mama chyba też. Miałyśmy prawie 2 tygodnie odpoczynku od taty Leny! :-P Bardzo się za nami stęsknił, chociaż pewnie częściej niż zwykle bolała go głowa, kebabowni wzrosły obroty a i sklepy pozbyły się zapasu chińskich zupek... Niestety nieroztropnie do bagażu Leny (w którym i tak było już pół światu) nie spakowałam maszynki do włosów. Cóż, fryzura prawie na Pazdana. Odrośnie. Mój błąd.

Wróciłyśmy do domu, a tam lśniło aż miło. Zaraz narobiłyśmy bałaganu, że mop poszedł w ruch... ale w sumie to do tej pory jest jako taki porządek. Starałam się jak mogłam aż do wczoraj, kiedy zajęłam się produkcją uli. Ule to takie czeskie ciasteczka, które kiedyś jedliśmy u cioci Zosi, i o których Jędrek mówił od tygodnia, a wręcz naciskał, żeby kupić foremki. Wczoraj upaprałam całą kuchnię lepieniem tego wszystkiego, a teraz jeszcze mnie kusi, żeby je podjadać. Ciastka mają więcej smaku niż kalorii, a jednocześnie więcej kalorii niż smaku. Słowem samo zło (na diecie). Ale nie jesteśmy na diecie.



Na wczasach spędziłyśmy trochę czasu z Jasiem, który stwierdził co następuje: "Ciociu gdybyś nie miała Lenki, to byś mogła robić co chcesz, a tak nie możesz, bo masz Lenkę" (to w kontekście mojej odmowy ciągłego skakania na trampolinie). Na pytanie o to, ile on sam będzie miał dzieci z rozbrajającą szczerością wyznał: "Nie wiem. Tyle, ile się urodzi". :-D

Z Alką przypomniała nam się za to gra w gumę. Okazało się, że owszem, da się ją kupić do dziś. Wprawdzie nie jest to już tej jakości guma co kiedyś, tylko kawałek elastycznego sznurka za 1,60 zł, który od razu się porwał, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Podekscytowane przypominałyśmy sobie zasady, obejrzałyśmy kilka filmów na YT i zaczęłyśmy skakać. Pięta palec, guma smalec... i wiecie co? Chyba byłyśmy kiedyś lżejsze... od skakania nie bolała głowa, biust nie ciążył ;o) I dobrze, że ta guma to jednak kosztowała raptem złoty sześćdziesiąt...

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Lenka dostała prezent... że ho ho!

Wysypiamy się niemożebnie. Przez cały tydzień sypiałyśmy do 9:00 albo do 10:00. Czy wyobrażacie sobie, jak długo przysnęliśmy w sobotę? Do 6:00. Pobudka w trybie pilnym, obwieszczona głosem nieznoszącym sprzeciwu. Ech, te weekendy..

To na pewno przez to, że w sobotę właśnie, Lena skończyła 4 miesiące. Jest już naprawdę duża. Jest już tak duża, że zaczęła sypiać we własnym łóżeczku. (W sumie to dostała bana po kilkukrotnym skopaniu swojej mamy, przez co mama już od świtu musiała asekurować się kołdrą).

A oto co Lence wyhaftowała uzdolniona ciocia Jadzia:



Obrazek zdobi już ścianę w pokoju Lenki.


A teraz chciałabym, tak już zupełnie pobocznie, pokazać podobieństwo Lenki do taty. Naszkicowałam oboje


Gdzie to podobieństwo??? :-P

czwartek, 16 czerwca 2016

Taka sprawa jest... rodzeństwo Lenki :D

Taka sprawa jest: siedzę sobie na tarasie, Lena w wózku obok odbywa przedpołudniową drzemkę, komputer na kolanach, kubek z gorącą kawą w dłoni i zabieram się do pisania. Jestem superwyspana, bo ostatnio sypiamy nawet do 10:00. Kładziemy się wprawdzie grubo po 22:00, ale co tam. No więc jest cieplutko, ptaszki śpiewają, nawet jakieś pianie koguta słychać w tle. W ogródku chwasty kwitną aż miło, trawa pnie się wysoko... cudnie jest. Tylko z tą kawą przesadziłam, bo mi nie wolno. Wszystko inne wolno. Pisać, opalać się, planować... W końcu jesteśmy na urlopie :D Ktoś mi powie, że urlop macierzyński to swoiste niedopowiedzenie, ale przecież wystarczy się odpowiednio na to przygotować. Nastroić. Zdać sobie sprawę z tego, że urlopować można się nawet w domu i niekoniecznie oznacza to generalny remont. No dobra, mieliśmy dwutygodniową zabawę z łazienką, ale to już za nami, a my urlopujemy się dalej.

Oczywiście trochę nam szkoda, że Lenki taty z nami tu nie ma, że musi siedzieć w klimatyzowanym biurze gdzieś w Warszawie, gdzie takiego świeżego powietrza jak tutaj mamy nie uświadczysz, ale mamy nadzieję, że wieczorem do nas dołączy. Nawet nam bardzo szkoda. Bardzo bardzo. Na pewno nas czyta, więc może pozwolę sobie tutaj przemycić coś, o czym nawijam wprost wieczorami, kiedy Lenki tata jest w domu. TEN DRUCIAK WSTRĘTNY, TA MYJKA, CO TO LEŻY W ZLEWIE, MA LEŻEĆ W ZLEWIE, A NIE NA. BO JA SIĘ ZNOWU NIECHCĄCY TEGO PASKUDZTWA DOTKNĘŁAM (!!!) NO. To teraz wróćmy do rześkiego poranka na tarasie. Lena do drzemki, ja do pisania.

Otóż ostatnio byłam świadkiem ciekawej scenki pomiędzy rodzeństwem sąsiadów. Starsza dziewczynka koniecznie usiłowała wyrwać swojemu bratu rowerek, a kiedy już jej się to udało, to sobie poszła. Jak gdyby nigdy nic. I wtedy właśnie sobie postanowiłam, że Lenka nigdy, przenigdy nie będzie miała starszego rodzeństwa. Nie damy sobie rowerków wyrywać, no nie damy.

Pozdrawiamy. Ja i śpioch <3



poniedziałek, 6 czerwca 2016

Po czym poznać, że masz dziecko?




Są takie chwile, kiedy maluch cichutko sobie drzemie, tak cicho, że trudno zgadnąć, że ktoś w tym wózku jest. Ale sam fakt posiadania dziecka można stwierdzić patrząc tylko na jego rodziców. Co takiego nas demaskuje? Otóż bardzo wiele! Począwszy od tego, że...

  • pieluchy zabierasz absolutnie wszędzie. Nie mam na myśli "pampersów", ale zwykłe tetrowe pieluchy. Pieluch nigdy dość, a to się "komuś" uleje, a to "ktoś" się uślini. Pielucha przydaje się chociażby po to, aby ocalić swoje ubranie, kiedy bierzemy Lenkę na ręce. Prowadzi to jednak do tego, że niejednokrotnie wyjeżdżam z wózkiem z domu z taką właśnie pieluchą pod szyją, witam się z sąsiadką, listonoszem, otwieram komuś drzwi, po czym orientuję się, jak osobliwa zdobi mnie serwetka. Kiedyś Gosia powiedziała, że właściwie odkąd jest Olek, to ona nie nosi swojej torebki, a jak coś potrzebuje wziąć, to wrzuca do torby z rzeczami Olka. Ja podróżuję z obiema. W swojej też mam tetrowe pieluchy. I maskotkę z pozytywką. I grzechotkę. I krem do twarzy... oczywiście Lenki.

  • na zakupach kołyszesz wózek. Ostatnio Jędrek przyznał się, że przy półce z wędlinami jedną ręką wciąż kołysał wózek z zakupami. Do przodu, do tyłu... chyba, żeby mu nie płakał ;)
 
  • odróżniasz pajacyki od śpiochów i półśpiochy od kaftaników. Wyższy poziom wtajemniczenia: znasz się nawet na dziecięcych rozmiarach. Oczywiście potrzeba czasu, żeby dojść do wprawy. Pamiętam, jak któregoś razu Lenka wymagała całkowitego przebrania i Jędrek przyniósł jej "komplet": śpiochy i półśpiochy. Chyba żeby w nóżki nie zmarzła ;) No ale weźmy poprawkę na to, że była noc. Byliśmy śpiący. Zdarza się w najlepszej rodzinie.

  • Biografie i kryminały zamieniasz na bajki. Od miesiąca czytam ks. Kaczkowskiego Grunt pod nogami, od dwóch lat męczę Coco Chanel. Intymnie. Przeczytałam za to Piękną i bestię oraz Małą syrenkę, a kontrastowe i szeleszczące to łykam jak młody pelikan. Tu to się dopiero można wyżyć narracyjnie.
A nie, przepraszam. Na gazetkę promocyjną z lidla czy z biedronki zawsze przy porannej kawie znajdę czas.



A teraz lojalnie uprzedzam, że jeśli wstawię kolejne zdjęcie Leny, po którym odzewem będzie: 100%Jędrzeja, wykapanytatuś, całyJędruś, to kolejną fotkę zobaczycie za rok.


Za ruski rok :-P

wtorek, 31 maja 2016

Nie ma to jak domowy chleb...



Wreszcie, po dwóch tygodniach wiercenia i szlifowania, Lenka może spać spokojnie. Wykańczanie łazienki, do którego jeszcze niedawno się przymierzaliśmy, już za nami. Nawet mnie zadowala efekt końcowy, chociaż przyznam się, że już sprawdzałam opcję odesłania płytek do sklepu i zamówienia innych, lustra zakupiliśmy dwa, jedno na razie idzie na strych, umywalka wydawała się zbyt niska i już byliśmy o krok od zakupienia nowej, lampka była krzywa, a jeden wieszak za duży (chętnie oddam). Istniało także ryzyko, że panel prysznicowy się nie zmieści, a deska nie pasuje do kibelka (choć to przecież komplet był). Płytki dokupowaliśmy żeby starczyło, a potem kombinowaliśmy jak oddać, kiedy zbywało. Jednym słowem prześladował nas pech ;) No tak czy inaczej z 7 - 8 dni roboczych zrobiło się jedenaście, ale ważne, że ten hałas mamy już za sobą. Dodatkowe lustro na dole się przydaje, kiedy Lence trzeba pilnie poprawić humor, bo nawet kiedy nie chce się uśmiechnąć do Jędrka, ani mój widok specjalnie jej nie cieszy, to własne odbicie - zawsze.

Mama upominała się o jakieś zdjęcia Lenki, ale to nie taka prosta sprawa... Lenka coraz mniej sypia w dzień, na rzecz zabawy, a ponieważ woli bawić się z mamą niż zabawkami, to mama nie ma czasu na przesyłanie zdjęć. Ma za to czas na pieczenie chleba.


Ostatnio zostałam obdarowana maszyną do wypieku chleba. Właściwie jest to maszyna do wyrabiania, wyrastania i wypiekania - wystarczy wrzucić składniki, aby po trzech godzinach mieć gotowy bochenek. Właśnie szukam jakiegoś nowego przepisu. Oto, co "sama" upiekłam do tej pory:

 Chleb pszenny z cebulką, oregano i oliwkami


Chleb pełnoziarnisty na mące gryczanej


Chleb orkiszowy - nie wiedzieć czemu opadł (kolejny wyrósł dobrze)


Chleb z dużą ilością ziarna, na mieszance mąk.

Najsmaczniejszy okazał się ten pierwszy, z cebulą. Dalsze eksperymenty przede mną.




czwartek, 12 maja 2016

Katalog ulubionych zajęć niemowlaka

Domyślam się, że z dziećmi bywa różnie, zresztą podobnie jak z dorosłymi. Jeden lubi jak mu kwiatki kwitną, drugi z uporem maniaka sieje swoją trawę na ugorze (to o mnie). Po 2 tygodniach wyczekiwania puszystego zielonego dywanu  pojawiły się pierwsze źdźbła trawy. Tylko trochę szkoda, że nie zadomowiły się na całym ogródku, a pogrupowały w mniejsze lub większe placki. Wczoraj zrobiłam dosiewkę, a nasionkom gratis dorzuciłam kołderkę z nowej ziemi. Zobaczymy, jaki efekt będzie za kolejne 2 tygodnie, tymczasem świeżutka zielona trawka prezentuje się tak:



Tym samym obalam mit, jakoby trawa u sąsiada zawsze była bardziej zielona. Owszem, jest o wiele ładniejsza, ale małymi kroczkami... no wreszcie i u nas musi coś wyrosnąć. Będę ją dopingować, żeby nie dała się chwastom, bo te mają się całkiem nieźle.

Wróćmy jednak do ulubionych zajęć niemowlaka. Nietrudno zgadnąć, że będzie o przypadku naszego dziecka, bo co inne niemowlęta uwielbiają robić tylko ich rodzice raczą wiedzieć.

  6 rzeczy, które lubi wyczyniać niespełna 3-miesięczne niemowlę


1. Robić lament tam, gdzie akurat wypadałoby być cicho


 Czyli leżeć w wózku jak trusia spacerując w miejscach odludnych, za to krzyczeć wniebogłosy zawsze wtedy, kiedy wjeżdżamy w większe skupiska ludzkie. A nie daj Boże wjechać tym wózkiem do sklepu i akurat nie chcieć złapać byle czego w biegu, tylko zastanowić się chwilę nad wyborem, o nie. Skutek jest taki, że przez takiego rossmanna pędzimy jak szalone, ja łapię to co muszę, Lena krzyczy, jedziemy do kasy, kasjerka od razu woła, żebyśmy dawały bez kolejki, mi głupio ale co zrobić, już mi nawet tych promocyjnych artykułów dodatkowych przy kasie nie proponują. Płacę i wychodzimy. Wybiegamy. A przed sklepem spokojnie, słonko świeci, Lence przestało być przykro.

W sumie ma to ten plus, że nie stoimy w ogonku do kasy. I nie jest mi aż tak głupio jak kiedyś w biedronce, w zaawansowanej ciąży, pan mnie grzecznie przepuszcza, dziękuję bo i co zrobić, kładę na taśmę 2 piwa, kredki i paluszki...

2. Chcieć jeść zawsze wtedy kiedy mama rzeczonego niemowlaka chce jeść


Mamy wówczas maleńki konflikt interesów. Oczywiście przegrywam ja, Lena krzyczy zdecydowanie głośniej.

 Lena, Jędrzej, stopa - właściciel nieznany.

3. Wołać tylko po to, by dalej spać


Zdarza się, że Lenka śpi, nagle zaczyna płakać, otwiera szeroko oczy, ziewa, dalej płacze, ja ją biorę na ręce, ona się przytula się, cichnie... śpi. Wracamy do wózka.

4. Być najmniejszym w rodzinie i zajmować najwięcej przestrzeni


W sensie dosłownym i w przenośni. Wiadomo, że im dziecko mniejsze, tym bardziej absorbujące, ale żebyśmy z tego powodu potrzebowali kupować dostawkę do łóżka? I nie, nie dla Lenki, ona się świetnie mieści, za to miejsca zaczyna brakować z drugiej strony. Musimy zamontować dostawkę dla Jędrka ;o)




5. Używać swoich rączek


Lenka operuje nimi coraz bardziej świadomie. Miło popatrzeć, jak leży na macie (a zdarza jej się zająć zabawą nawet na 20 minut!) i bada nimi poszczególne zabawki. Dziś rano obudziła się z uśmiechem i zaczęła dotykać mojej twarzy, spytałam więc, czy chce zbadać mamie buzię i oddałam się w ręce fachowca. Okazało się, że badanie jest z serii tych inwazyjnych, a paznokcie szybko rosną w czasie snu.

6. Zuzię, małpkę i jeść


Z pozoru te 3 sprawy się nie łączą. Tylko z pozoru. Lenka bardzo lubi jeść (potocznie mówiąc szamać), a kiedy w pobliżu nie ma nic ciekawszego z zapałem zaczyna szamać Zuzię. Albo małpkę.