niedziela, 22 czerwca 2014

Mszczonów to jednak nie Bukowina ;o)

Wczoraj wybraliśmy się do Mszczonowa na tzw. termy. Tak zwane, bo raczej nie jestem przekonana co to tego, że faktycznie są to wody termalne, chociaż oczywiście mogę się mylić. Twierdzę tak, bo woda w zasadzie niczym nie pachniała, a raczej pachniała standardowym basenem. Tak to też wygląda. Cały kompleks przedstawia się również nieco peerelowsko. Nie pojechaliśmy tam, aby grzać tyłki w jaccuzi, ale żeby popływać przy temperaturach otoczenia ok. 20 stopni, trzeba ograniczyć się to jednego, raczej niewielkiego basenu. Jeśli ludzi jest więcej, robi się tłoczno. Nie skorzystaliśmy tez z żadnej zjeżdżalni, bo było po prostu zimno. Plusem jest jednak cena - za 2 bilety dwugodzinne zapłaciliśmy 47 złotych, więc nie ma nad czym ubolewać. Jest czysto i właściwie nie brakuje niczego oprócz... atrakcji :P

Wiele się nie poruszałam, ale Wiola mówi, że sadełko jest potrzebne. Także latem ;)

Jest urocza, bez dwóch zdań, a nawet bez jednego :)

Właśnie jesteśmy w drodze na Farmę Iluzji w Woli Życkiej, gdziekolwiek to jest. Jędruś już się cieszy na jakieś samochody z oczami...  relacja wkrótce.

piątek, 6 czerwca 2014

Spotkanie roku! :D

Jest 6 czerwca 2014 roku, godzina 10. rano. Jestem na konferencji na WUMie i zbliża się pora mojego drugiego śniadania, korzystam więc z bufetu i sięgam po kanapkę. Biorę jeden kęs i drugi, łapczywie, czyli tak, jak się jada tylko w czterech ścianach, albo... w towarzystwie, w którym próżno szukać znajomych twarzy. Jak to jednak stare chińskie przysłowie głosi, zanim wpakujesz coś do ust sprawdź, czy ktoś cię przypadkiem nie obserwuje. Wtem ktoś mnie klepie w ramię. Odwracam się i widzę blondynkę z taką samą bułą w ustach, a nie jest to lustro. Gapimy się na siebie chwilę śmiejąc się i koncentrując jednocześnie na utrzymaniu buł w ustach.

- Bacia??? (nie jestem pewna z wrażenia, czy padło to zdrobnienie)
- Magda???

Ale skąd? Jak? Nie ma to jak spotkać się po dobrych paru latach przy wspólnym "stole" opychając się bułką. Tak więc Magda G od miesiąca jest w Warszawie.

- Halo? Ale jestem gupia! Jak już się spotkałyśmy, to chociaż mogłyśmy sobie fotę strzelić
- Dobra dawaj, wracaj. Mam 10 minut do autobusu!

wróciłam po to zdjęcie:


poniedziałek, 2 czerwca 2014

Biuro rzeczy znalezionych

Po weekendowej przerwie, w Warszawie znów pokropił deszcz i hipsterkom do reszty zgniły już kwiatki w rowerowych koszykach. Dzisiaj będzie jednak o "kwiatkach" nieco innej maści, a konkretniej o rzeczach zagubionych. Dosadniej mówiąc - znalezionych, bo z pewną dozą przeświadczenia można podejrzewać, że niektóre z nich zostały "zagubione" celowo, a zwyczajnie nie załapały się na śmietnik.

Przejrzałam (bardzo pobieżnie) zbiór rzeczy znalezionych na stronie biura rzeczy znalezionych. Co można tam znaleźć? Absolutnie wszystko. Co mnie jednak szczególnie zainteresowało - nawet głupi kapsel może mieć dla kogoś wartość sentymentalną. Tak sobie myślę, że żonglujemy tym stwierdzeniem zupełnie bez sensu, chociaż dodanie, że "ma to dla mnie wartość sentymentalną" wcale nie sprawia, że znalazca faktycznie pofatyguje się oddać coś, co z logicznego punktu widzenia można nabyć w każdym kiosku. Jednym z ciekawszych fantów okazał się za to poszukiwany pierścionek zaręczynowy:


pytanie tylko, czy aby otrzymać 50 zł wystarczy znaleźć, czy jednak trzeba oddać. W sumie może chodzić tylko o zabawę ;o)

Przypomniała mi się zabawka z dzieciństwa - wielkie odkrycie i megahit - tamagotchi. Pamiętam, że miałyśmy z Alką chyba dwie - jedną standardową (prawdopodobnie jakiegoś misia), oraz taką, w której było aż 16 zwierzątek. Najfajniejszy był motyl, bo miał stadium gąsienicy. Dzisiaj w pracy Karolina wspominała, jak kiedyś chciała sobie kupić tę zabawkę, zabawka kosztowała cale 15 zł (!), a ona miała jedynie złotówkę, więc poprosiła mamę, żeby jej "dołożyła" ;)

Poprzestałabym na wspominkach i tęsknotach, gdyby nie to, że przecież Jędrek jest znanym chomiko-zbieraczem, a więc oczywiście swoją zabawkę ma ukrytą gdzieś między brelokami. Ku mojej uciesze, tu też jest aż 16 zwierzątek. Muszę dokupić baterie, uruchomić i... karmić zwierza. Najpierw będę tuczyła świnię, a potem pingwina :D Mam nadzieję, że jeszcze produkują baterie, jakich potrzeba.

Zabawka wygląda tak: