poniedziałek, 1 lipca 2019

Niebieskie Źródła

Ok 90 kilometrów od nas jest miejsce, do którego wczoraj dotarliśmy. Spokojne, urokliwe, i jak na trzydziestokilkustopniowe upały całkiem chłodne. Rezerwat przyrody Niebieskie Źródła to turystyczna atrakcja na mapie Tomaszowa Mazowieckiego. Spacer można zaliczyć do kameralnych, na pewno nie było tam takiego natłoku turystów, jaki podobno obecnie panuje w Tatrach.

Wklejam kilka zdjęć, być może przekonają kogoś do zrobienia podobnej trasy.



Źródła mogą przybierać różną barwę, a zależy to od pory dnia, pogody, ew. zachmurzenia. W tych malowniczych źródłach krasowych można zaobserwować także liczne ryby i... kaczki, które chętnie brały udział w sesji.



Kilka kilometrów dalej znajduje się podziemna trasa turystyczna "Groty Nagórzyckie", będąca pozostałością po kopalni piasku, która działała tutaj od końca XVIII do początku XX wieku. Przejście korytarzami w towarzystwie przewodnika trwa około 30 minut, ale jeśli jesteście ciekawi tego, co ów przewodnik ma do przekazania lepiej nie zabierajcie trzylatków. Lena ewidentnie nie była zainteresowana historią eksploatacji nagórzyckiego złoża, a i ja nie byłam w stanie usłyszeć ani przeczytać legend z tym miejscem związanych. Generalnie wyszło na to, że kupiliśmy bilety jedynie po to, aby się nieco schłodzić...




 W moim subiektywnym rankingu podziemnych tras turystycznych ta niestety plasuje się bliżej końca. Zdecydowanie bardziej polecam np. Chełmskie Podziemia Kredowe lub Kopalnię Złota w Złotym Stoku.

piątek, 28 czerwca 2019

Jestem sobie przedszkolaczek...

Chociaż piszę na co dzień, już 2 lata mnie tutaj nie było. To ciekawe doświadczenie, zajrzeć tu po dłuższej przerwie. Trochę się u nas wydarzyło. Lena zdążyła pójść do żłobka, ba, zdążyła już nawet opuścić jego mury. Wczoraj. Właśnie adaptuje się w przedszkolu, a ja czekam na ewentualny telefon. Ale telefon milczy, więc postanowiłam coś napisać. Postaram się też może streścić cokolwiek.


Przygodę ze żłobkiem zaczęliśmy, kiedy okazało się, że jako roczne dziecko Lenka nie jest gotowa, aby na tak długo rozstać się ze swoją mamą (a może to mama nie była gotowa? Nie wnikam ;)) Wystartowała jako dwulatka, konkretnie od marca ubiegłego roku. Z perspektywy czasu stwierdzam, że mogliśmy zacząć od lutego. Lena nie musiałaby czekać rok na swoją kolejkę świętowania urodzin w żłobku.

Miło wspominamy ten czas, Lenka zresztą też. Gdzie jak nie w żłobku można zajadać słodycze, których mama jeść nie pozwala? Pozdrawiamy Ciocię Monię :D

PS Oczywiście Lenka jadła łakocie wyłącznie od święta, kiedy któreś z dzieci obchodziło akurat urodziny, tylko po prostu dzieci było prawie 30 ;)

Przepowiednie o tym, że dziecko zapisane do żłobka więcej czasu spędza w domu niż w samym żłobku, bo jest ciągle chore, zupełnie się nie sprawdziły. Chyba najdłuższą absencją było 6 dni. Nie sądziłam jednak, że tak fatalną, w starciu ze zmutowanymi wirusami oddziecięcymi, odporność mają Lenki rodzice. Typowy schemat zachorowań naszej trzyosobowej populacji kształtował się mniej więcej w ten sposób i w takiej kolejności:
  • Lenka: 1 dzień stan podgorączkowy, katar, 2 dni kaszlu, stan: gotowość do zabawy o 23:00 ponadprzeciętna;
  • Jędrek: 2 dni gorączka z dreszczami, stan "umierający", kaszel przewlekły 1 - 2 tygodnie;
  • Beata: 3 dni gorączka, katar, kaszel 2 tygodnie w porywach do 3.
Ale podobno co nas nie zabije...

Żłobek to też czas zawierania pierwszych przyjaźni, a te jak wiadomo nierzadko są na całe życie. Ile to razy argument o tym, że w żłobku Lena spotka swoją Nel ratowała nam poranek ;o) Dziewczyny już za sobą tęsknią, tym bardziej, że będą chodzić do innych przedszkoli.


To też miejsce, w którym zaczęły się prace plastyczne, operowanie farbami, plasteliną i tymi wszystkimi rzeczami, których nie za bardzo lubimy używać we własnym domu... no chyba że na tarasie. Podziwiając jednak wielkanocną pisankę, stworzoną w całości przez Lenkę, śmiem twierdzić, że gdybyśmy żyli w innych czasach, zlecenie na prace w Kaplicy Sykstyńskiej niekoniecznie zgarnąłby Michał Anioł. Słyszałam jednak, że matki są nieobiektywne, jeśli chodzi o ich dzieci.


Będę kończyć. Mamy dziś piękną pogodę. 2 dni temu zaobserwowałam 37 stopni w cieniu, zatem temperatura otoczenia przerosła temperaturę człowieka. Przypomniał mi się dylemat dyskutowany ostatnio w internecie: czy jeśli na metce jest napisane, żeby prać w 30 stopniach, to czy można rozwiesić w 35? No właśnie, można?

wtorek, 8 sierpnia 2017

Uroczyste za nami dni

Od pierwszych urodzin Leny minęło już prawie pół roku, co oznacza, że tyle właśnie nie dzieliłam się naszym życiem na blogu. Cóż - każdemu przyda się detoks, jeśli chodzi o korzystanie z takich wynalazków jak komputer czy chociażby Internet, więc chciałabym móc powiedzieć, że właśnie taki detoks odbyłam. Jednakowoż uczynienie tego sprawiłoby, że na moim sumieniu pojawiłaby się rysa w postaci kłamstwa, toteż pozwolicie, że zrobię tu pauzę. Pauza.

Wraz z latem jak bumerang powrócił temat chrztu. Wiecie lub nie, ale w ubiegłym roku królowała u nas śpiewka, że za rok, że jak Lena będzie większa, nie będzie krzyczeć w kościele, na początku wakacji - że pod koniec wakacji, w czerwcu, że może w lipcu, w lipcu, że może w sierpniu, a w ogóle to trzeba było ochrzcić w tamtym roku, bo jak zaczęła biegać to nie nadążysz... Ostatecznie w naszej parafii msza, podczas której odbywają się chrzty, wypada w porze lenkowej drzemki, zatem całą mszę przespała. Nadmierne odwlekanie tematu pozwoliło nam także dobrze przetestować kandydatów na rodziców chrzestnych, bo wiadomo, że to nie kosmetyki avonu a sprawa dużej wagi, więc trzeba sprawdzić.




Na chrzest nie dojechała prababcia Lenki, więc aby trochę pokazać jak mieszkamy, załączam poniższe zdjęcie:




i jeszcze ja, przepraszam, że tak trochę w biegu (Jędrek akurat robił zdjęcie, jak z obórki wychodziłam)




Wczoraj skończyłam 29 lat. Dziękuję wszystkim, którzy o mnie pamiętali! :)