wtorek, 26 sierpnia 2014

Marakesz po raz drugi

Urokiem Marakeszu jestem urzeczona szczególnie, nie tylko dlatego, że to tam zastała nas 1. rocznica ślubu :) Chociaż byliśmy tutaj krótko - pokażę jeszcze kilka miejsc, które warto tam odwiedzić. Po pierwsze souk, czyli arabski targ. Ten w Marakeszu jest naprawdę duży, próbowałam znaleźć gdzieś jego plan, ale najwyraźniej mieszkańcy Marakeszu nie potrzebują map, by się tam nie zgubić, przez co też nie wrzucili ich do Internetu.

Pierwszego dnia, późnym wieczorem weszliśmy w główną alejkę odchodzącą od Jemaa El Fna, po czym skręciliśmy w boczną naiwnie sądząc, że w ten sposób skrócimy drogę i nie wracając się tą samą ścieżką, znajdziemy się na placu. Tylko resztki zdrowego rozsądku kazały nam wracać tam, skąd przyszliśmy. Jak miało się okazać za dnia, nazajutrz wędrowaliśmy alejkami targowymi z Ibrahimem z punktu A do B przez ponad pół godziny aby dotrzeć na konkretne stoisko. Jestem pełna podziwu, jak można kluczyć między straganami i dojść tam, gdzie się chciało. I chociaż gdzieś wyczytałam, że na souku wręcz warto się zgubić, to może jednak niekoniecznie w nocy, kiedy hotel jest po drugiej stronie miasta? :)



Co można kupić na souku? Wszystko i tanio, pod warunkiem, że będziemy się targować. Wyjściowa cena zarówno za dywan, chustkę jak i olejek arganowy jest zwykle jedna (dla turysty będzie to powiedzmy 300 drh) i już od nas zależy, jak bardzo uda nam się ją zbić, ale, i tu zaskoczenie: cena może pójść też dużo w górę od tej wyjściowej. Podobno w Marakeszu mniej chętnie niż w innych miejscowościach obniżają ceny, co jest podyktowane tym, że towar i tak się sprzeda, bo skoro stoisko odwiedzi masa turystów, to w końcu znajdzie się nabywca.

Souk jest miejscem naprawdę ciekawym i warto coś na nim kupić. Jeśli nie zamierzamy kupować absolutnie niczego, oczywiście też polecam się nań udać, jednak nie ma co zaczynać targów. Po co niepotrzebnie wkurzać handlarzy ;o)

3 rady dla odwiedzających souk po raz pierwszy? Oczywiście już je opracowałam i chętnie się nimi podzielę:

  • jeśli nie zamierzasz kupić, nie macaj, nie przekładaj i nie dotykaj "niepotrzebnie"

Szukając szisza dla Kuby przeglądaliśmy w koszyku na jednym ze stoisk szmaty, wyciągaliśmy, sprawdzaliśmy materiał itp. Uznaliśmy, że porównamy to z towarem dalej, a następnie wróciliśmy, żeby kupić na pierwszym stoisku. Zostaliśmy pogonieni przez sprzedawcę - najpewniej zdenerwowaliśmy go tym, że podotykaliśmy i se poszliśmy...

  • wiedz, ile warto zapłacić

Łatwo powiedzieć, kiedy przy żadnym towarze nie ma podanej ceny, jest ona oznajmiana kupującemu wedle uznania sprzedawcy. Jeśli jest taka możliwość - ceny produktów na targu można porównać z cenami sklepowymi - my np. wiedzieliśmy mniej więcej ile kosztuje szisza, bo widzieliśmy podobną w markecie, w którym ceny zostały ustalone przez państwo (ciekawa historia targu o sziszę innym razem). Myślę, że zbicie ceny wyjściowej o połowę jest jak najbardziej realne.

  • nie noś pieniędzy w łatwo dostępnym dla kieszonkowca miejscu

Osobiście tego nie doświadczyliśmy, ale kilka osób mówiło nam, że czuło ręce na swoich kieszeniach, dlatego - im więcej ludzi wokół, tym większa szansa na powrót bez kasy. I to jeszcze pół biedy, bo kradzież paszportu byłaby bardziej dotkliwa w skutkach. Chociaż, może warto zostać tam dłużej? :P


Kolejnym punktem naszej wycieczki był Meczet Kotubijja.Właściwie mogliśmy go obejść jedynie z zewnątrz, ponieważ w Maroku "niewierni" nie mają wstępu do meczetów. Chyba jednak nie ma czego szczególnie żałować, bo - jak nam powiedział Ibrahim - w środku nie ma ołtarzy czy ciekawych zdobień, ponieważ budynek ten składa się po prostu z 2 sal modlitewnych - osobnej dla kobiet i osobnej dla mężczyzn oraz wieży (minaretu) z której muezin nawołuje do modlitwy.

Muzułmanin modli się 5 razy dziennie i może to robić w dowolnym miejscu, na codzienną modlitwę nie musi udawać się do meczetu. Przed modlitwą dokonuje rytualnej ablucji, czyli obmycia ciała. Nie jestem w stanie powtórzyć, ile razy musi umyć prawą i lewą dłoń, stopy, czy ręce do łokci, z opisu Ibrahima wynikało, że jest tych ruchów niemało.




Minaret meczetu Kotubijja mierzy 70 metrów, meczet ten jest największym w Marakeszu, a jego budowa rozpoczęła się jeszcze w XII wieku i trzeba przyznać, że jak na swoje lata trzyma się znakomicie. Na samym szczycie znajdują się 4 miedziane kule, trzy z nich symbolizują trzy największe religie: islam, judaizm i chrześcijaństwo, natomiast czwarta - wg legendy zrobiona ze złota - powstała z przetopienia całej biżuterii żony sułtana, która złamała 1 dzień ramadanu. Ot, taka sobie kara.


Zwiedziliśmy także Nekropolię Saadytów - dynastii panującej w Maroku w XVI i XVII wieku. Przy okazji dowiedzieliśmy się, jak w islamie wygląda sprawa pochówku, pogrzebu i żałoby i trzeba przyznać, że naprawdę jest to rozsądne. Wydaje mi się, że jesteśmy z urzędu uprzedzeni do wyznawców tej religii, bo w Polsce muzułmanin = terrorysta, co nie dziwi, bo taki ich wizerunek jest w mediach kreowany najczęściej i najchętniej. Jeśli jednak słyszymy, że Polak = złodziej, to jesteśmy oburzeni. Dlaczego? Chyba właśnie dlatego, że w żadnym przypadku myślenie stereotypowe nie ma racji bytu ani racji. 




Kiedy umiera muzułmanin, nie wie, że umarł, ponieważ wydaje mu się, że śpi. Pochówek jest sygnałem dla zmarłego, że oto nie zapadł w zwykły sen, ale wieczny. Dlatego nie należy z nim zwlekać. Zwyczajowo od czasu śmierci do pogrzebu mija kilka godzin. Co ciekawe, groby nie są oznaczane ani w żaden sposób opisywane tak, by bliscy zmarłego mogli tam trafić. Muzułmanin odwiedzający nekropolię nie przychodzi tam po to, by na grobie bliskiego zapalić znicza czy cokolwiek zostawić - nie ma takiego zwyczaju, zamiast tego powinien zrobić coś, co przysłuży się żywym, np. wystawić obiad dla biednych. I tak oto w pobliżu cmentarza próżno szukać straganów z wieńcami, zniczami czy (a niech tam) pańską skórką. Kult zmarłych jest w islamie zakazany. Muzułmanin wychodzący z cmentarza wypowiada słowa "Pokój wam zmarli wierni i muzułmanie. My także do was dołączymy z woli Allaha".

Pogrzeb jest jedynym momentem, w którym "bierze udział" meczet, czyli świątynia. Żałobę nosi jedynie żona po mężu, nosi ją dokładnie przez 4 miesiące i ubiera się wtedy na biało. Okres czteromiesięczny jest podyktowany ew. sprawami spadkowymi - jest to czas na to, by stwierdzić, że kobieta jest / nie jest w ciąży.

Kolejnym punktem zwiedzania Marakeszu był pałac El-Bahia, wybudowany przez wezyra Ba Ahmeda. Wezyr ten był karłowaty, miał 4 żony i 24 nałożnice i chyba miał wyczucie stylu... przynajmniej wnętrzarskiego.




A poniżej Ogrody Majorelle, ulubione miejsce Yvesa Saint Laurenta, gdzie zresztą zgodnie z życzeniem miały zostać rozsypane jego prochy.





poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Jemaa El Fna - Plac Umarłych w dzień, a co w nocy?

No więc jesteśmy z powrotem. Nie ukradli nam ani aparatu, ani telefonów, ani paszportów, ani nas. Z placu Jemaa El Fna powróciliśmy cali, chociaż z zapowiedzi Ibrahima wynikało, że chyba wrócimy nadzy. Dlaczego? Zatem od początku.

Na wstępie pozwolę sobie jeszcze obalić teorię Anety i Marty, które założyły, że urlop spędzaliśmy w szałasie w Kampinosie. Jest to nieprawda. Bałabym się żmij, komarów i jaszczurek - szałas odpada.Tym razem ułańska fantazja zaprowadziła nas trochę dalej i wylądowaliśmy w Maroku. Jeśli ktoś ma ochotę odpocząć od warszawskiego zgiełku to... nie polecam, ale jeśli brakuje Wam wrażeń lub jesteście zwyczajnie ciekawi, jak wygląda spacer po mieście, w którym co chwilę ktoś proponuje Ci haszysz, małpę albo jaszczurkę, to jak najbardziej zapraszam.




Aha - większość wspólnych zdjęć to tzw. zdjęcia z ręki. Powierzenie komuś aparatu na ulicy w większości przypadków (podobno) kończy się nieudanym sprintem za lokalsem ;o) Widziałam, że szybko biegają. Nie sprawdzaliśmy, czy ciężar aparatu zmienia ich osiągi.

Do Marakeszu wybraliśmy się pod opieką Ibrahima - Marokańczyka, którego ofertę znalazłam jeszcze przed wylotem. Umówiliśmy się, że odezwiemy się, kiedy będziemy na miejscu, czyli w Agadirze. Stamtąd mieliśmy zaplanować dwudniową wycieczkę do Marakeszu i Essaouiry. Z Ibrahimem spotkaliśmy się w jednej z kawiarni przy plaży, gdzie przy marokańskiej whiskey, czyli słodkiej miętowej herbatce omawialiśmy szczegóły wyjazdu. Już następnego dnia o 7:00 rano wyruszyliśmy w stronę słonecznego Marakeszu. Wielu rzeczy pakować nie musieliśmy - na poniedziałek i wtorek zapowiedziano... 47 stopni. W cieniu.

Zdjęciową relację z portowego miasteczka As-Suwajra zostawiam na kolejne dni, dzisiaj pokażę Wam trochę Marakeszu, a dokładnie samą esencję esencji, czyli plac Jemaa El Fna. Jeszcze do XIX wieku odbywały się tam targi niewolników i egzekucje skazańców, jednak ciekawie i strasznie bywa i dzisiaj. Dopiero po powrocie dowiedzieliśmy się, dlaczego na placu nie ma tresera skorpionów - przed miesiącem został ukąszony przez pająka i zmarł. Węże, które podobno miały mieć wycięte gruczoły jadowe chyba w rzeczywistości nie są nieszkodliwe, bo jeszcze w lutym kobra śmiertelnie ukąsiła jednego z zaklinaczy.

Pewnie gdybyśmy wiedzieli o tym wszystkim wcześniej, to... nie mielibyśmy zdjęć, które tu mamy ;o) ogólnie polecam daleko idącą ostrożność, jednak w tym przypadku, na własne szczęście - nie czytałam, co może mnie tam spotkać. Bo i cóż z tego, że się wyedukowałam, aby bezpardonowo nie robić zdjęć oraz dowiedziałam się, że na każdym kroku chcą cię wmanewrować we wręczenie napiwku, skoro tylko opuściłam terminal lotniska i bezwiednie dałam sobie wyjąć z ręki walizkę, którą uczynny pan popchnął na kółkach... 3 metry przed siebie, za co rzecz jasna zażądał napiwku. Biedniejsza o euro i bogatsza o doświadczenie, szykowałam się na... najlepsze ;)

Na początek panorama placu. Atmosfery tego miejsca nie da się opowiedzieć słowami, ani zobrazować zdjęciami, dlatego... będą też filmy, a co! :D Ale do tego zaraz dojdziemy. Musicie jednak wiedzieć, że aby zobaczyć dużo, dużo więcej, trzeba wejść w tłum. Większość zdjęć i filmów robiliśmy na legalu z tarasu jednej z kafejek, polecił nam to zresztą Ibrahim. Kiedy tylko wyciągaliśmy aparat w tłumie na dole, osoba, którą chcielibyśmy sfotografować (nawet udając, że fotografujemy siebie, a kuglarze są tylko przypadkowym tłem :-D) od razu krzyczała żądając niezłego okupu. No ale cóż, za darmo można jedynie dostać *** (łomot), więc nie ma się czemu dziwić.




Plac Jemaa El Fna, a raczej to, co się tam dzieje, zostały wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Wchodząc na plac miałam wrażenie, że kieruję się w sam środek tłumu, który czeka na koncert jakiegoś mega zespołu. Ludzi wszędzie było dużo, natomiast próżno było wypatrywać jednej gwiazdy - grupki ciekawych widzów otaczały kuglarzy, bajarzy, grajków czy wróżki. Po lewej stronie ktoś czymś rzucał, na wprost trąbił, za nim dzwonił sprzedawca wody, po prawej nawoływali do zjedzenia gotowanych na placu przysmaków, ktoś chwytał za rękę, ktoś chciał coś sprzedać, inny proponował wykonanie tatuażu albo zapozowanie do zdjęcia, a temu wszystkiemu towarzyszyła uliczna muzyka, docierająca z co najmniej kilkunastu miejsc, przez co dźwięki mieszały się z głosem tysięcy obecnych tam ludzi.

Co jest jednak największą moim zdaniem wartością - ten plac ożywa nocą wcale nie dlatego, że pojawiają się tam zaciekawieni i bogaci (lub nie) turyści. On żyje dlatego, że gromadzą się tam tysiące Marokańczyków, w dzień zajętych swoimi sprawami. "Nas" było mało, to oni tam królowali. Z zaciekawieniem słuchali bajarzy, wróżyli z kart, jedli, chodzili, krzyczeli. Ci najbiedniejsi, którzy o innych porach żebrzą pod murami, w nocy na pewno będą właśnie tutaj. A kiedy znajdziesz się między nimi zobaczysz, jak bardzo ich świat różni się od twojego. I na pewno stwierdzisz, że warto go poznać.


(Na zdjęciach: sprzedawca wody)

Załączenie filmów daje możliwość pokazania chociażby namiastki tego, jak brzmi Jemaa El Fna. Brakuje mi tylko jednego: nie czuć na nich zapachu Marakeszu, a musicie mi wierzyć, że zapach ma intensywny...



Rano Plac Apokalipsy pokazuje swoje łagodniejsze oblicze. Jest wówczas tak samo głośno, ale znikają kotły z baranimi tudzież kozimi głowami i ślimakami. Można jeszcze kupić świeżo wyciskany sok, który kosztuje 4 drh, za dnia poczujemy się tutaj też zdecydowanie bezpieczniej. Oczywiście pod warunkiem, że szerokim łukiem ominiemy rejony z wężami.

 

 

Poniżej muzycy gnawa, którzy uważają się za potomków niewolników. Pokazuję tych, którym głowy od kręcenia jeszcze trzymają się na swoim miejscu:




Jeśli przeszliście kursy asertywności i jesteście z siebie dumni, nie kierujcie się do Marakeszu, bo jeszcze zwątpicie w siłę nabytych umiejętności. Jędrek nie pytany o chęci dostał węża na szyję, mnie - mimo sześciokrotnej odmowy, szybkiego kroku i zdecydowanego tonu - na przedramieniu posadzono małpę. Skubana ważyła ze 12 kg, a jej właściciel nie rozumiał słowa "Nie!" ;)





Nie no chyba trochę przesadziłam - Jędruś wygląda na całkiem zadowolonego... ;) Nietęgą minę miał dopiero wtedy, kiedy zaklinacze krzyknęli sobie 300 drh. Nie za założenie węża, tylko za jego zabranie...



Mam nadzieję, że wszyscy się cieszą, że już wróciłam do pisania :D a jeśli tak, to zapraszam na kolejne posty, będzie Marakeszu ciąg dalszy i kilka innych ciekawostek.

لرؤية