poniedziałek, 28 lipca 2014

Nisyros - siarkowy zapach wulkanu

Wróciliśmy :) Odpowiedź na wszystkie poniższe pytania jest pozytywna!

1. Tak, opaliliśmy się jak jasna ciemna cholera!
2. Tak, byłam w kokpicie Airbusa A320!
3. Tak, pilotowałam nasz lot! (tyle, że z ziemi ;o))
4. Czy widzieliśmy więcej, niż spodziewaliśmy się zobaczyć? No jasne, że tak!
5. Czy spakowałam więcej rzeczy, niż było mi potrzebne? No pewnie, standard!
6. Czy o czymś zapomniałam? O zdjęciach? No to już się poprawiam ;o)

Jeszcze słowo na poniedziałek do Jasia: bez magnesu-księżniczki, którą nam podkradłeś z lodówki się obejdziemy, ale czy masz jakieś mądrzejsze zastosowanie dla pokrywki od pojemnika na szczoteczki do zębów? Jeśli nie - oddaj ją złodziejaszku :-P

W mieszkaniu miła niespodzianka - czysto i w ogóle. 3 kuleczki pomidorków są już dobrze czerwone. Systemu automatycznego nawadniania wprawdzie nie ma, ale rośliny przeżyły.

Odkryłam, że płynie we mnie krew południowca. Nie żebym jakoś wybitnie znosiła upały, ale sjesta mi się podoba...  Wracam jednak do początku, czyli do startu. Bo właściwie dlaczego "pilotowałam" nasz samolot? Wcale mi się nie przyśniło, ani nie zaszumiało wino. Kiedy znaleźliśmy się w powietrzu, odezwał się do nas pierwszy oficer... Marek, pod okiem którego kiedyś pilotowałam Cessnę 182. Jeden z lotów jaki wtedy odbyłam do Gliwic trwał ponad 2 godziny, a ręce napięte od trzymania wolantu bolały mnie jeszcze następnego dnia. Na Kos lecieliśmy tyle samo, ale nie wiem, czy trzymając stery A320 z kompletem pasażerów na pokładzie, mogłabym jeszcze bezboleśnie zwiedzać wyspę ;o) Dlatego też, drodzy pasażerowie lotu WAW-KGS, dolecieliście bezpiecznie. Oszczędziłam Państwu wrażeń (Jędruś, no to już się wyjaśniło, komu bili brawa po wylądowaniu - oczywiście mi! ;o))




Relacji fotograficznej z urlopu nie zacznę jednak od lazurowych widoków, ale od ziejącej smrodem zgniłych jaj kaldery wulkanu Stefanos. Z miejsca uprzedzam, że zdjęcia nie oddają w pełni wrażeń, jakich doświadczyliśmy na dole. Owszem - było równie gorąco jak na Kos. Było też śmierdząco, czego na fotografiach nie widać.

Na Nisyros nie ma lotniska, więc nie dotrzecie tam bezpośrednio samolotem. Rejs statkiem z Kardameny na Kos do Nisyros trwa jednak tylko 50 minut, a jak wam się poszczęści, to może podróż się zwróci. Mi się udało - podczas drzemki wpadło mi do kapelusza parę drobniaków ;o)

PS Wera dzięki za kapelusz, jednak się przydał!




Średnica krateru aktywnego wulkanu (jak doczytałam, ostatnia erupcja na Nisyros miała miejsce w 1887 roku) wynosi 300 metrów, a Stefanos to jeden z najlepiej zachowanych hydrotermalnych kraterów na świecie. Na dole słychać syk spod powierzchni, co daje dziwne uczucie zbliżającego się wybuchu, a w wielu miejscach z otworów wydobywa się gorąca para wodna.

Krater widoczny z góry:




to znaczy na pierwszym, ważniejszym planie Jędrzej, a krater za Nim ;-)



Prawda, że na zdjęciu szału nie robi? Za to robi na żywo!

Kuba wydłubuje malachit i obdziela siarką:



Na Nisyros odwiedziliśmy też wioskę Nikia, którą podobno zamieszkuje jedynie 48 mieszkańców.



Ponadto na całej wyspie mają:

  • 2 taksówki
  • 13 autobusów
  • zerową przestępczość.

A to już pocztówki z Mandraki, gdzie znajduje się port:



Przytoczę przy okazji dowcip opowiedziany przez Kubę. Czy jest śmieszny - oceńcie sami. Mnie rozśmieszył, ale czy to przez uderzające do głowy piekielne upały, czy też faktycznie humor jest wysublimowany - nie wiem. Bo czy wiecie, jak oderwać ośmiornicę od stołu? Cytuję z pamięci.

Kupił sobie facet ośmiornicę, zwierzę o ośmiu ramionach. W sklepie mu jednak przykazano, aby nie kładł jej na stole. Do zakupu dołączono także karteczkę z numerem telefonu, pod który należy się zgłosić, kiedy jednak ośmiornica znajdzie się na stole.
Wrócił więc gość do domu i co zrobił? No jasne - nie myśląc wiele położył głowonoga na stole. Ośmiornica czym prędzej przywarła wszystkimi ośmioma mackami do blatu i za nic nie chce się odkleić. Facet nie wie co robić. Panikuje, poci się i łapie za głowę (swoimi dwoma mackami). Jak ją odkleić? Dzwoni po rodzinie, ale nikt nie jest w stanie mu pomóc. 
I wreszcie przypomniał sobie, że w razie czego, w razie gdyby zapomniał, może zadzwonić pod podany na kartce numer. Dzwoni, przyjeżdża wezwana ekipa i główny brygadzista wyjmuje z kieszeni młotek. Uderza nim ośmiornicę w łeb, ta chwyta się wszystkimi mackami za głowę odrywając je jednocześnie od stołu i mówi "Auć"...




Na dzisiaj to już wszystko, ale to tylko jeden dzień - wyspa Nisyros. Zdjęć mamy całe mnóstwo, więc w kolejnych dniach można spodziewać się nowych fotorelacji, na które już dzisiaj zapraszam.

Kαληνύχτα! - co po grecku znaczy dobranoc.

piątek, 18 lipca 2014

Jedną nózią na urlopie, czyli wreszcie mamy wolne :o)

No to się doczekaliśmy wolnego :) Juuuuu-hu! Może nikt nas nie okradnie, w końcu zostawiamy mieszkanie pod opieką. Dla ułatwienia użytkowania tegoż mieszkania opiekującym, opracowałam mały regulamin. Jest poniżej.

Regulamin korzystania z obiektu 12 złotych zasad

  1. Mieszkanie jest sterylnie czyste. I takie ma pozostać :P
  2. Wyjedzcie sobie co tam znajdziecie (skoro do tej pory leży, to znaczy, że nie ma amatora). Bez obaw, produkty po terminie od razu wyrzucamy.
  3. Zabierzcie do domu tę granatową spakowaną torbę. Oprócz moich butów są tam też kosmetyki (także nowe) i jakieś rzeczy dla Jasia.
  4. Podlewajcie pomidory. I maciejkę. Wyjeżdżając opracujcie system automatycznego nawadniania roślin (coś na zasadzie samouruchamiającej się konewki) – my nie mieliśmy na to czasu. Zresztą wiedzieliśmy, że będzie ktoś do podlewania, więc…
  5. Wszystkie ubrania, kosmetyki etc. znalezione poza granatową torbą muszą pozostać na swoim miejscu. W przeciwnym razie załącza się alarm, który stymuluje moją komórkę. I nie, roaming tu w niczym nie przeszkadza.
  6. Po zamknięciu kabiny prysznicowej włączcie nawiew. Unikniecie uduszenia.
  7. Nie witajcie się z sąsiadami. Nie chcemy, żeby ktoś nas z Wami kojarzył (hłe hłe :P)
  8. Na pewno ucieszylibyście się z kuponu na lody u Grycana… niestety, ostatni spożytkowaliśmy w czwartek. Były pyszne :)
  9. Niezbyt dobra wiadomość dla Jasia: nie mamy szafki łasucha ani niczego podobnego. Mamy tylko gorzką czekoladę w szafce z zastawą (ta najbardziej po lewej).
  10. Ostrożnie obchodźcie się z roletami. Są niczym letni wiatr – „delikatne jak muśnięcie warg” (uou-ou)… 
  11. W mieszkaniu nie ma księgi gości, której zapewne będziecie wypatrywać. Cóż – nie jesteśmy zbyt gościnni, a głupio byłoby trzymać czysty zeszyt.
  12. No i zaścielcie łóżko. Strasznie nie lubię, jak koc krzywo na nim leży.


*jest nieścisłość w punkcie nr 9. Jędrek, domownik, nie wie o co chodzi z szafką z zastawą… Dobra, w „szafce z talerzami”.

środa, 16 lipca 2014

Kiedy urlop?

Przyszło wczoraj do mnie do pracy mydełko wakacyjne. Ktoś chyba wiedział, że to ostatni tydzień przed urlopem...




W Warszawie cały czas duszno, w pracy - tak samo. W dalszym ciągu nie skompletowałam stroju kąpielowego... Jeden, który mierzyłam i wyglądął dobrze, kosztował 500 zł. W pozostałych - prezentuję się źle. Przypadek? A może ja po prostu jestem stworzona do luksusu? :P ale spokojnie, mamy jeszcze kilka dni :-)

Dostałam też wymalowaną kartkę od Dagmary, dziewczynki, której przez Fundację Przyjaciółka kompletowaliśmy szkolną wyprawkę:


Wczoraj wieczorem chorowałam. Aneta nazywa to syndromem stresu przedurlopowego (czy jakość tak). Miałam wrażenie, że bierze mnie grypa, czułam całą swoją skórę (która - podobno - u dorosłego człowieka waży co najmniej 3 kilogramy) i odezwały się zatoki. Od 20.00 ratowało mnie ich dwóch: termofor i Jędrek. Dzisiaj wstałam względnie zdrowa i mam nadzieję, że uda mi się przesunąć chorobę. Bo urlopu już nie przesunę ;o)

Marta dostała od Michała wiatraczek na usb. Też chcę! Okazuje się przydatny, podczas gdy przy przeprowadzce wentylatory z prawdziwego zdarzenia kończyły w koszu...



środa, 9 lipca 2014

Farma Iluzji w Mościskach - wrażenia i trochę zdjęć

Niedaleko Garwolina jest miejsce, w którym jeden bardzo się starał, żeby zmylić drugiego. I temu pierwszemu wyszło to całkiem nieźle, bo drugi miał wrażenie, że z parku wychodzi pijany. Gdzie takie atrakcje? W Parku Iluzji w Mościskach koło Trojanowa (woj. mazowieckie). Szczerze polecam. To nie jest wersja XXL placu zabaw, ale miejsce, gdzie my (czyli dorośli ludzie) bawiliśmy się nieźle, a nawet dobrze.

Na wejściu wita nas tablica:


tak wyszło, że oboje akurat zabraliśmy wspomniane narzędzia.



Lewitujący kran:


to pikuś w porównaniu z tunelem zapomnienia, którego zdjęć celowo nie wstawiam. To trzeba przeżyć!!! Jędrka film z nagrania w środku nie nadaje się do publikacji :P

Ciekawą sprawą jest poruszanie się po przechylonym domu:


Można tu przeprawić się tratwą przez bajorko:


nawet, kiedy pada ;o)

Nigdy nie wiadomo, co można wygrzebać. Ja do tej pory nie wiem, co to było... :/


Wracając z Farmy Iluzji zahaczyliśmy jeszcze o Egipt:


poniedziałek, 30 czerwca 2014

Jerzy - Don Corleone i ja - skromna matka chrzestna :D

W sobotę zostałam matką chrzestną :) Tym, którzy nie znają Jasia, jeszcze raz przedstawiam: to ten mały (teraz już troszkę większy) chłopiec, pełniący bardzo ważną funkcję na ślubie, a mianowicie niesienie poduszki z obrączkami.




Gdyby chcieć zastanowić się nad korzyściami lub ew. wadami chrzczenia trzylatka, więcej dostrzegam plusów takiego rozwiązania:

  • nie trzeba go trzymać na rękach,
  • ani kołysać,
  • nie płacze,
  • nic mu się nie ulewa,
  • nie budzi się z krzykiem podczas polewania wodą święconą.

mogą jednak pojawić się minusy, które też warto rozważyć:

  • popsuje dekorację świecy, bo koniecznie będzie chciał ją trzymać sam,
  • pod koniec zacznie głośno pytać: "Mamo, kiedy my pójdziemy?". Pytanie będzie ponawiał z coraz większą częstotliwością, zaczynając od 30 sekund. I będzie się starał mówić to wystarczająco głośno.



A teraz fotograficzna relacja z weekendu "z koleżankami Beaty", jak to Jędrek podsumował Wiolę i Paulinę ;o)

Zacznijmy od końca, czyli od deseru:


nadal jednak upieram się, że lody od Bazylka są lepsze, niż od Duławskich. Zwłaszcza śmietankowe!

Pojechaliśmy też zobaczyć Ukrainę:



Paulina pozdrawiała nas z wysokości (ona to lubi patrzeć na innych z góry!):




Z góry przez lunetę widziałam jedynie swojego Męża, ponieważ przesłania mi cały świat ;o)




szykowałyśmy obiad. Paulina rozmawiała z krewetkami, bo trudno Jej było się z nimi rozstać...




Wiola (po wizycie w Wiosce Gotów w Masłomęczu) stwierdziła, że w innym wcieleniu musiała być Gotką.




a ja wydobyłam jakąś kitę, którą niefortunnie popsułam ;o) Mrau!




Paulina w gockiej chacie doznała jakiegoś objawienia:




i tak Jej zostało... nam pozostało tylko wysłuchać, jakie to prawdy ma do przekazania:




Wiola narwała rumianku w Kryłowie. Mama stwierdziła, że to nie rumianek...




Ach zapomniałabym: zakupiłyśmy sobie 3 identyczne sukienki w Kauflandzie ;) po 29 złotych. W dodatku istny szał i hit, bo można je nosić jako spódnice :D


Zapozowałyśmy z Wiolą w sukienkach - z tyłu Paulina gra ze sobą w klasy:




Wracając do Warszawy zatrzymaliśmy się jeszcze w Lublinie.  Stolica przywitała nas burzą i ulewnym deszczem - nie zmokła jedynie Paulina... Nikt nie wie dlaczego. Wiola spekulowała, czy to aby nie dlatego, że... Paulina mieszka pod mostem...

no to teraz się zacznie ;) Paulina jak potrzebujesz numeru do Wioli, to posiadam :P